Norwegia – Podróż na Nordkapp (część IV)

IV część: Przeprawa przez „Drogę Trolli”

Przed nami następny etap wyprawy : Droga Atlantycka między Kristiansund a Molde i dalej Droga Trolli prowadząca do fiordu Geiranger.

Jedziemy drogą E39. W Halsa promem za 195 NOK przedostajemy się do Kanestraum i dalej tunelem pod Oceanem Atlantyckim za 107 NOK przedostajemy się na Drogę Atlantycką. Jednakże za wjazd na wyspę Averoya, która jest już częścią Drogi Atlantyckiej płacimy 120 NOK. Płatnych mostów, tuneli i przepraw promowych w naszej wyprawie jest więcej. Przyzwyczajamy się do nich tym bardziej, że nie sprawiają żadnych problemów z ich pokonywaniem. Jedynie obciąża to trochę naszą kiesę.

O ile do tej pory jazda z przyczepką nie nastręczała jakichkolwiek problemów, to teraz dalsza jazda staje się wyzwaniem. Droga Atlantycka ma nieco ponad 8 km i 8 mostów, o nietypowych konstrukcjach. Szczególnie konstrukcja jednego z nich zawiera w sobie zakręt i dużą pochyłość. Na most ten należy wjeżdżać w sposób zdecydowany. Pozostałe są tuż nad wodą i wydaje się, jakbyśmy płynęli na oceanie. Nie ma mowy o zatrzymywaniu się na mostach, by podziwiać widoki. Do tego są specjalnie przygotowane miejsca parkingowe na małych wysepkach, na których również znajdują się kawiarnie. Na jednej z nich obserwujemy zmagania innych, nielicznych kamperowców z przyczepkami.

Zachęceni bezproblemową jazdą Drogą Atlantycką zmierzamy do następnego wyzwania, którym jest Droga Trolli (Trollstigen). Trolle to bohaterowie sag: olbrzymy mieszkające w górach, mają długie pomarszczone nosy, po cztery palce u rąk i nóg i posiadają owłosione ogony. Są nieśmiałe, naiwne i łagodne. Niemniej sama droga nie jest łagodna. Jest to wąska i stroma, o 11 zakrętach i nachyleniu 12% droga otwarta w 1936 roku i osiąga poziom 852 m npm. Dozwolony jest wjazd z pojazdami lub zestawem do 12 m, z uwagi na ostre zakręty. U podnóża wjazdu na drogę Trolli, na parkingu widzę dwie długie przyczepki. Niektórzy odpinają przyczepki i zwiedzają tylko samym samochodem tę drogę, będącą jedną z największych atrakcji Norwegii. Nasz zestaw wynosi ok. 10 m, więc decyduję się na dalszą jazdę. Zdecydowanie wjeżdżam pod górę, automat z trudem przeskakuje na 2 bieg, biorę pierwszy zakręt. Jest wąsko i zakręt jest rzeczywiście ostry, ale brak w tym momencie jadących z góry umożliwia łagodniejsze branie zakrętów. Niestety na kolejnym widzę długą przyczepkę jakiegoś Fina, który zakleszczył się na zakręcie i stoi, licząc pewnie na brak ruchu z dołu. Nie mam już tyle miejsca na skręt w prawo i prawe koło przyczepki zjeżdża z asfaltu na wąskie pobocze szutrowe, które jest ok. 10 cm poniżej asfaltu, a za wąskim poboczem szutrowym jest tylko stroma, skalna ściana. Kątem oka widzę w lusterku gwałtowny przechył przyczepki, trzymam cały czas silnik na wysokich obrotach, czuję już zapach sprzęgła i tylko dzięki dynamicznej jeździe przyczepka po sekundzie wraca na asfalt. Przy pierwszym możliwym postoju, przy mostku z widokiem na wodospad zatrzymuję się głęboko oddychając. Mocny silnik tym razem w pełni się przydał.

Trud wjazdu w 100% wynagradza nam widok na Drogę Trolli, zwaną również Drabiną Trolli. Na szczycie natrafiamy na remont, czy też inwestycje rozbudowy platformy widokowej i miejsc postojowych. W którymś momencie natrafiamy na autobus jadący w przeciwnym kierunku. Albo on, albo ja musimy się cofnąć kilkanaście metrów. Próbuję to uczynić, ale jest tak wąsko, że nie ma możliwości nawet na centymetry ustąpić miejsca. Na szczęście autokar cofa się, korzystając z ustępujących przez kampery miejsc. W ogóle trudno jest znaleźć miejsce postojowe na końcu Drogi Trolli. Parę kilometrów dalej, na płaskiej przestrzeni i przy rzece zatrzymujemy się na obiadowy postój, ale na nocleg, późnym wieczorem meldujemy się na zatłoczonym campingu w Geiranger. Przypominam sobie informację z przewodników, iż do tego Fiordu rocznie przyjeżdża i przypływa ok. 600 000 turystów. Przed samym zjazdem do Fiordu stajemy na platformie widokowej. Widok zapiera dech. Nie bez kozery ten jeden z najwęższych fiordów jest uznawany za Nr 1 w Norwegii pod względem atrakcyjności.

Mamy pecha, gdyż przez następne 3 dni leje jak z cebra. Pocieszamy się tym, że mamy dostęp do elektryczności i ciepłych, płatnych za 10 NOK kabin prysznicowych. W tym momencie żal nam innych turystów, którzy na podmokłej łące na campingu rozbijają namioty. Nie ma to jak przyczepka – pełny komfort. Czekamy na dobrą pogodę, aby zaliczyć zwiedzanie Fiordu statkiem, ale wciąż pada. Wtedy zauważam zachowanie Norwegów, iż zła – w naszym rozumieniu – pogoda, wcale nie zawęża ich sposobu życia. Dzieci na deszczu grają w piłkę, dorośli spacerują bez parasoli i realizują swoje plany wakacyjne. Tak, jak by deszcz w ogóle nie padał. Idę za ich przykładem i mimo deszczu kupuję bilety na wycieczkowy rejs po 155 NOK dorośli, dzieci 80 NOK, i przez godzinę zwiedzamy z powodzeniem Fiord. A jest co zobaczyć: kaskadowe wodospady, olbrzymie statki wycieczkowe, strzeliste w górę masywy górskie i półki skalne, na których jeszcze niedawno, były farmy i mieszkali Norwegowie i aby ich dzieci nie spadły z urwistych zboczy, przywiązywali je do kołków wbitych w ziemię. Następnego dnia zwiedzamy kolejną atrakcję tych okolic – wodospad Storseterfossen. Dojeżdżamy parę kilometrów na południe i dalej 3 km pieszo, w deszczu docieramy do wodospadu, którego atrakcją jest przejście za ścianą huczącej wody. Po drodze widzimy stare siedlisko i zastanawiamy się, jak w takich trudnych warunkach można było żyć. Zwiedzane siedlisko skojarzyło mi się z miejscem pobytu pustelnika. Norwegowie to twardzi ludzie, przywykli do trudnych warunków życia.

Ruszamy dalej po 2 dniach pobytu na campingu w Geiranger, który kosztował nas 210 NOK za każdą dobę, w zasadzie posiadającym monopolistyczne położenie, gdyż w okolicy 1 km, może poza 4 miejscami dla kamperów po drugiej stronie przystani, nie ma możliwości nocowania, a na miejscach postojowych przy przystani statków wycieczkowych i promów zakazuje się nocnego zatrzymania. Po drodze chcemy wjechać samochodem na najwyższy szczyt Dalsnibba 1476 m npm z widokiem na Fiord Geiranger od strony południowej. Niestety, na bramce biletowej ostrzegają nas o istniejącej na górze gęstej mgle – rezygnujemy z wjazdu i obieramy kierunek na lodowiec w Briksdal.

Wracając do stopnia trudności wjazdu z przyczepką do Fiordu Geiranger można by określić to sposób następujący: Droga Trolli jest dużym wyzwaniem, ale wszystko zależy od stopnia natężenia ruchu, a ściślej od okoliczności pojawienia się na pętlach w tym samym czasie 2 zestawów samochodowych z przyczepkami lub autokarów. Dalsza droga, w szczególności zjazd do Fiordu jak i potem wyjazd w górę w kierunku szczytu Dalsnibba obfituje w dużą liczbę zakrętów i znaczny procent nachylenia drogi, ale dzięki temu, że droga ta jest szersza od Drogi Trolli, można ze spokojem mijać się nawet z dużymi autokarami. W większości zakręty i pętle są tutaj poszerzone. Te dwie części: bezpośredni zjazd i wyjazd z Fiordu porównałbym do drogi przez Salmopol między Wisłą a Szczyrkiem, lub częściowo z drogą z Wisły przez Kubalonkę do Istebnej.

Do parkingów na lodowiec w Briksdal z Geiranger docieramy po prawie 3 godzinach, mimo iż przebyliśmy tylko 117 km; dużo zakrętów, wąska droga i na dodatek mgła z mżawką. Na parkingach w automatach należy zapłacić 50 NOK za nocleg. Wybieramy jednak 500 m niżej położony, ładny i czysty camping Melkevoll Bretun za 170 NOK i prysznicami za 10 NOK.

Turyści i foldery określają to miejsce, jako lodowiec Briksdal. Właściwie lodowiec ten nazywa się Jostedalsbreen i jest to największy lodowiec części kontynentalnej Europy o powierzchni 487 km². Powłoka lodowa sięga 600 m, a długość dochodzi do 60 km. Lodowiec posiada 22 jęzory. Ten, do którego rocznie dociera 300 000 turystów nazywa się Breeksdalsbreen i schodzi z wysokości 1200 m npm do 346 m npm topiąc się i spływając do Jeziora Briksdalsbrevantnet w dolinie Briksdal.

Uff, teraz rozumiem, dlaczego turystycznie uproszczono tę nomenklaturę.

Docierając piechotą z campingu do lodowca w Briksdal, ok.50 minut, po drodze mijamy znaki informujące nas o tym, gdzie znajdował się lodowiec kilkaset lub kilkadziesiąt lat temu. Ostatni znak stojący w miejscu, gdzie koniec jęzora Breeksdalsbreen był w 1920 roku wskazuje na skurczenie się lodowca o kilkaset metrów.

 

Przygotował: Alfred Brodzki
V część do przeczytania wkrótce…