Norwegia – Podróż na Nordkapp (część III)

III część: dalszy ciąg przygód w drodze do Skandynawii.

Jedziemy dalej na północ i za około 30 km za Inari opuszczamy drogę E75 i kierujemy się na zachód drogą 92, która za 70 km zaprowadzi nas do granicy z Norwegią. Jeszcze w Finlandii, ale i potem w Norwegii, spotykamy łosie i renifery. Uwagi w przewodnikach, by na nie uważać, że nagle pojawiają się na drodze są zgodne z prawdą. My się cieszyliśmy z takiego spotkania. Dla nas to była atrakcja, ale jadący za nami Finowie byli wyraźnie zniecierpliwieni, ponieważ staliśmy tak długo, aż te sympatyczne zwierzęta same opuściły drogę.

Po przekroczeniu granicy norweskiej krajobraz coraz częściej wygląda bardzo surowo, praktycznie nie ma już tych gęstych lasów, jakie jeszcze niedawno spotykaliśmy, coraz więcej skał i kamieni pokazuje się po obu stronach drogi. A jak już coś rośnie, to są to karłowate krzewy.

Nordkapp osiągamy w sobotę, 10 lipca  po godzinie 23-ciej.  Mamy duże szczęście, gdyż deszcz przestał padać, jest 12°C, przejaśniło się i widać na dalekim horyzoncie zachodzące słońce, któremu towarzyszymy jakiś czas. Ten przylądek północny o szerokości geograficznej 71°10’21”N idealnie pasuje do wyobrażenia, że to już jest koniec stałego lądu Europy, że za bezkresną dalą oceanu, za 2100km jest już biegun północny.A za nami 2450km z Warszawy, nie licząc mil morskich, czy kilometrów podróży promem po Bałtyku, chociaż wg dzielących nas z Warszawą 18stopni i 35 minut (18˚35’) wg równoleżników, odległość ta wynosi 2064,7 km.

Stanęliśmy pośród ok 40 kamperów i może 2 przyczepek, nie odpinając przyczepki, na obszernym parkingu przed budynkiem, gdzie jest m.in. kawiarnia i restauracja, duży sklep z pamiątkami, kino, poczta, kaplica. Odwiedzamy sklep, wysyłamy z punktu pocztowego kartki i kupujemy CD z filmem, który wcześniej, bezpłatnie obejrzeliśmy w kinie. Film jest fenomenalny i oddaje nastrój tego przylądka. Kupujemy także dla córki certyfikat dotarcia do przylądka Nordkapp.Podobnie jak my, co roku dociera tu ok. 200 000 turystów, w tym spora część camperami i nieliczni z przyczepkami campingowymi.

Rano budzi nas silny szum wiatru oraz obijanie czymś dachu przyczepki. Okazuje się, że to antena TV została wygięta przez wiatr i tak tłucze. Zresztą, po chwili jeszcze silniejszy podmuch wiatru ją urywa i szybuje gdzieś w siną dal. W następnych etapach podróży obywamy się już bez TV. No cóż, przyroda każe nam zwracać uwagętylko na siebie.   Jest gęsta mgła, na odległość 3 m już nic nie widać. Nikt z sąsiednich kamperów nie decyduje się na wyjazd z parkingu aż do południa. Po prostu nie wiadomo, w którą stronę się udać. Teraz już wiemy, co to znaczy przybyć na Nordkapp i go nie zobaczyć.Temperatura spadła do 7°C i zimowe kurtki w pełni są wykorzystane. Ogrzewanie gazowe w przyczepce także kolejny już raz w tej wyprawie zdaje egzamin. Pragnę tylko podkreślić, jak ważne jest przygotowanie przyczepki i samochodu do wyprawy oraz zabranie odpowiedniego ekwipunku.

Bilet wstępu na parking, będący jakby biletem wstępu na Nordkapp,  który kosztował nas 550 NOK jest ważny przez 2 dni, więc opuszczamy to magiczne miejsce i kierujemy się na południowy – zachód, drogą E6 do Alty, gdzie znajduje się sprzed 2,5 do 6 tys. lat ok. 3000 rysunków naskalnych, przedstawiających czasy myśliwych i rybaków z epoki kamiennej. Motywami są ryby, statki, zwierzęta.

Zaczyna nam brakować paliwa, które ostatni raz tankowaliśmy jeszcze w Finlandii. Ale na automatycznej stacji naszych kart płatniczych automaty nie akceptują.  Sytuacja taka zdarza się jeszcze parę razy w następnych dniach.  Pomaga nam inny kamperowicz,  któremu dajemy gotówkę w euro, a on nam tankuje na swoją kartę.  Nocujemy 39 km za Altą w miejscowości Talvik, przy nabrzeżu jachtowym, obok stacji Shell, gdzie mamy dostęp do ciepłej wody, toalet i toalety chemicznej.

Następnym punktem zwiedzania jest miasto Tromso. Miejsc na campingu brak, płacimy po 45 NOK za ciepłe prysznice (wyjątkowo drogo) i chcemy jechać dalej, bez zwiedzania miasta, ale życzliwi Węgrzy, którzy przyjechali tu do pracy i nocują w Fordzie Tranzycie przerobionym na kamper podpowiadają nam miejsce, które oni używają na noclegi. Jest to obszerny plac przy przystani, niedaleko jedynego campingu w Tromso i cmentarza.  Na pewno spotkany w Finlandii Niemiec miał w swoim „Stellplatz – Atlas” to miejsce zaznaczone, gdyż było wygodne, z dostępem do wody pitnej i dogodnie położone. Nazajutrz po zostawieniu przyczepki swobodnie wjeżdżamy do miasta przez imponujący most do – w sumie nieciekawego miasta.

Tankujemy olej napędowy za 11,91 NOK (benzyna 95 jest po 12,92NOK) i dalej w drogę; pada deszcz, jest ok. 11°C.  Dla rozgrzania wstępujemy do jednego z szałasów Samów przy drodze na gorącą zupę z renifera za 25 NOK. Smakuje  jak rosół z wołowiny.

Wprawdzie następnym celem są Lofoty, ale postanawiamy nieco nadłożyć drogi i odwiedzić groby polskich żołnierzy w Narviku.Trochę nam to czasu zajmuje, gdyż nie ma wyraźnych znaków informacyjnych.W zasadzie istnieją dwa miejsca upamiętniające walki o Narvik z udziałem Polaków, natomiast groby znajdują się na miejscowym cmentarzu w Hakvik, na południowych przedmieściach Narviku.

Powracamy z powrotem na północ, aby wjechać na Lofoty, tj 6 dużych wysppołączonych mostami i tunelami.Co takiego jest w tych Lofotach, –  nota bene, wcześniej nic niemówiącanam nazwa – że tyle turystów tam gna kamperami, samochodami, rowerami i motocyklami?  W jednym z przewodników autor określił Lofoty, jako polskie Tatry wychodzące wprost z morza. Nas dodatkowo uderzyła kolorystyka; lazur nieba, czerwone i białe domki na palach, białe piaszczyste plaże i malownicze zatoki na tle stromych granitowych zboczy, często pokrytych śniegiem kontrastującym z leżącymi poniżej zielonymi łąkami. Początek był nieciekawy, gdyż na południowo-wschodniej stronie Lofotów czekały nas mgły, deszcze i temperatura 9°C, podczas gdy w tym czasie w Polsce temperatura sięgała 30°C. Dopiero w następnych dniach temperatura podniosła się do 14°C, wyszło słońce i Lofoty pokazały swój koloryt.Spostrzegliśmy także, że na północno-zachodniej stronie było więcej słońca, gdy w tym samym czasie na południowej padały deszcze. Ale to nie jest regułą, tylko efektem frontów atmosferycznych zderzających się od północy z wysokimi górami i wpływ dobroczynnego ciepła Golfsztromu, który opływa te wyspy. Opis ten tylko podkreśla, że wyprawa do Norwegii, to ciągłe wahania temperatury i duża zmienność pogody.

Wydaje nam się, że południowa część Lofotów jest ciekawsza, zwłaszcza wyspy Flakstadoy  i  Moskenesoy.  Zaliczyliśmy wszystkie zalecane przez przewodniki miejsca: Muzeum Wikingów w miejscowości Borg, wszystkie przeurocze miejscowości przy głównej drodze Lofotów E10 na czele z miejscowością Reine,białą plażą w Flakstad, przy okazji nocując na sąsiadującym z nią campingiem„Skagen” za 185 NOK i płatnymi prysznicami  nie wiedząc, że ok. 800 m dalej na południe było wspaniałe, bezpłatne  miejsce na noclegprzy punkcie widokowym na plażę z toaletami i ciepłą wodą.

Z dużym zainteresowaniem oglądaliśmy, jedyne w swoim rodzaju, drewniane stelaże, konstrukcje z żerdzi, na których suszyły się dorsze zwane sztokfiszami. Suszenie dorszy zajmuje powierzchnię ok. 400 000 m². Suszą się w sposób naturalny na wietrze, którego wilgotność i temperatura występuje tylko na Lofotach,  w zasadzie od marca do maja tracąc ok. 80% wagi,   zachowując wszystkie wartości odżywcze. Mogą być przechowywane przez wiele lat.  Dzięki suszonym dorszom, dawni Wikingowie mieli zapas żywności na długie tygodnie, a nawet miesiące wędrówek.

Dojeżdżając do ostatniej miejscowości na Lofotach, o najkrótszej pewnie w Europie nazwie „A”, która jest ostatnią literą norweskiego alfabetu musieliśmy podjąć decyzję, co do dalszego kierunku i sposobu wędrówki. Z miejscowości A do Bodo,  z powrotem lądem  na północ przez Narvik jest 680 km. Wybieramy jednak droższy wariant, tjprom z Sorvagen za 1368 NOK i za 4 godziny jesteśmy w Bodo. Mamy szczęście, iż zmieściliśmy się w kolejce do ostatniego promu o godz. 21-szej, mimo, że na przystani byliśmy już o 15-tej.  Kampery i przyczepki za nami musiały czekać do następnego dnia. Na przystań wSorvagen należy więc przyjeżdżać wcześniej, albo rezerwować miejsce przez internet, co jest operacją bardzo kosztowną.

Przejeżdżamy przez Bodo nie zatrzymując się i mimo  1-szej w nocy,  widno jest jak nad ranem.  Po godzinnej jeździe jesteśmy u celu, którym jest cieśnina Saltstraumen. Zatrzymujemy się na parkingu przed supermarketem, na przeciwko campingu PluscampSaltstraumen. Cieśnina Saltstraumen łączy dwa fiordy o długości 3 km i szerokości tylko 150 m i dzięki temu zwężeniu powstają tam najsilniejsze na świecie prądy pływowe.Cztery razy dziennie, co 6 godzin, 400 mln m³ wody przepływa z prędkością 20 węzłów (37 km/h) tworząc niebezpieczne wiry o głębokości 5 m i średnicy 10 m.Wprawdzie w przewodnikach jest informacja, aby to zjawisko oglądać z mostu nad cieśniną, ale nam się wydaje, że bezpośrednie uczestnictwo z punku widokowego pod mostem, tuż nad wodą daje większe wrażenie.  Jest to niesamowity widok. Warto było przyjechać i dzięki temu, że rano w recepcji campingu otrzymaliśmy rozkład czasowy przypływów i odpływów – zdążyliśmy na czas rannego odpływu.  W tym dniu odpływ był o godz. 9,28 a przypływ o 15,29.

Na przypływ już nie czekaliśmy i po porannych widokach i wrażeniach mkniemy dalej. Naszym celem jest lodowiec Svartisen. W miejscowości Rossvoll, ok. 14 km przed Mo i Rana od strony północnej skręcamy z drogi E6  na lotnisko tego miasta i jadąc ok. 21 km – po raz pierwszy na końcowym  odcinku drogą utwardzoną– docieramy na kolejny bezpłatny nocleg, gdzie jest woda i toalety, a rano łodzią za 120 NOK w obie strony od osoby – ok. 5 km -dostajemy się w pobliże lodowca. Droga na sam lodowiec jest pełna wrażeń. Pniemy się 3,5 km po skałach i chwalimy nabyte przed wyjazdem buty trekingowe. Jest ciepło – 24°C, ale zbliżając się do imponującego lodowca, drugiego co do wielkości w Norwegii  o łącznej powierzchni 369 km², czujemy chłód i respekt. Widzimy odrywające się potężne bloki lodowcowe, które staczają się do małego jeziora, przechodzącego w rwącą rzekę i wodospad. Lodowiec ma ciekawy, siny czy też stalowo-niebieski kolor.

I dalej w drogę – E6, gdyż kolejne atrakcje są przed nami. Przejeżdżając przez Mosjoen, natrafiamy na miejscowy festyn, który na tle starych, drewnianych domów urzeka swą prostotą i serdecznością. W miejscowości tej mieszka i tworzy spora grupa artystów i rzemieślników, którzy w okresie festynu udostępniają swoje domy i pracownie i wystawiają obrazy, rzeźby i inne wytwory do oglądania i sprzedaży.

Kolejną noc spędzamy na przydrożnym parkingu, który za połowę ceny normalnego campingu oferuje porządne miejsca postojowe, toalety z ciepłą wodą oraz sklep z pamiątkami i bar.Niestety z poprzedniego okresu ciepłych dni o temperaturze 24°C nic nie zostało. Trafiamy na deszcz i 13°C. No cóż, to jest Norwegia.

 

Przygotował: Alfred Brodzki
IV część wkrótce…