Norwegia – Podróż na Nordkapp (część II)

II część: etap podróży i przygód. Skandynawia 6000.

Wreszcie wyruszamy, na te wakacje- na północ. Przed nami miesiąc podróży i przygód oraz ponad – wg planu – 6000 kilometrów po krajach skandynawskich.  W kraju piękna pogoda- lato  jest gorące. A my do Szwecji, potem Finlandii i docelowo Norwegii gdzie jest chłodno, deszczowo, drogo ale przepiękne krajobrazy, odmienne za każdym zakrętem drogi mają nam wynagrodzić trudy podróży.  Startując kontaktujemy się jeszcze z właścicielem S-Campu w Bieruniu, Panem Marcinem Szczurkiem i jego bratem Michałem, szefem serwisu, licząc na ich wsparcie w czasie podróży, tak – na wszelki wypadek.

Trasę z Warszawy do Gdańska pokonujemy stosunkowo wolno, z uwagi na duży ruch zawsze panujący w soboty w czasie wakacji. GPS bez problemów prowadzi nas prosto do przystani promowej w Gdańsku, gdzie prom „Scandinavia” już na nas czeka. Odprawa biletowa przebiega sprawnie ale  zderzamy się z pierwszym wyzwaniem. Na prom przyjęto maksymalną liczbę samochodów i zamiast wjechać przodem i w luku nawrócić, każą nam wjechać z przyczepą tyłem. Ponieważ trap jest lekko pod górę, można sobie wyobrazić ciągłe blokowanie najazdowego hamulca oraz cofanie się na sam koniec promu.  Natychmiast przychodzi mi do głowy pomysł, by w takich sytuacjach na prom puszczać samochody z przyczepkami na samym końcu, by uniknąć długiego cofania.  Udajemy się do kabiny, ale przedtem, na wszelki wypadek opuszczam wszystkie podnóżki przyczepki i zaciągam jej ręczny hamulec. Na promie idziemy na piwo, po 11 zł za plastikowy kufel i jemy kiełbasę z grilla za 17 zł. Za atrakcje trzeba płacić, ale te najdroższe dopiero przed nami. Przed snem jeszcze fundujemy sobie kino za 15 zł od osoby i po prysznicu zasypiamy, ukojeni jednostajnym szumem silnika statku oraz czasami łagodnym kołysaniem. Rano budzi nas komunikat, iż śniadanie w restauracjach na nas czeka, z podkreśleniem, że w cenie promocyjnej.  Ale czeka na nas także urzekający błękit nieba, falujący lekko Bałtyk i mijające po drodze statki. Taka podróż to już początek miłych wrażeń i wspomnień. Z lekkim opóźnieniem, po ponad 18 godzinach, w Nynashamn z promu sprawnie wyjeżdżamy, by po 60 km dotrzeć do Sztokholmu, gdzie czeka na nas zarezerwowany camping Bredang. Był to jedyny rezerwowany wcześniej camping.

Wprawdzie znajdujemy się już w stolicy Szwecji, ale do centrum jest ok. 10 km. Obok campingu – ok. 700m – znajduje się stacja metra, gdyż ona była wyznacznikiem wyboru campingu, z której startujemy na zwiedzanie miasta. Do centrum docieramy w ciągu ok. 25 minut za 30 SEK od osoby.

Sztokholm jest 1,5m milionowym, rozległym miastem, składającym się z 7 wysp połączonych mostami i posiadających doskonałe połączenia promowe. W ciągu 2 dni zwiedzamy najciekawsze dla turystów miejsca:Gamla Stan, czyli Stare Miasto oraz Muzeum Waza, gdzie oglądamy królewski okręt „Vasa”, który w 1628r miał być największym okrętem wojennym tamtych czasów, ale po nieroztropnej decyzji króla Gustawa II Adolfa o zwiększeniu liczby dział na pokładzie, okręt został przeciążony i po przepłynięciu 1,5 km po zwodowaniu zatonął  wraz z  załogą.  „Vasa-Museum” uzupełniamy oglądając znajdujące się w sąsiedztwie, małe  muzea łodzi. W dalszej kolejności zwiedzamy Zamek oraz przyglądamy się – jak zawsze interesującej dla każdej stolicy – zmianie warty na Zamku Królewskim. Ponieważwszystko, co atrakcyjne dla turysty w Sztokholmie można w zasadzie zwiedzić pieszo, stąd posługiwanie się w centrum samochodem bądź kamperem uważamy za zbyteczne.

Mamy niedosyt zwiedzania Sztokholmu, ale przed nami długa droga i po opłaceniu campingu – 620 SEK (ok. 270zł za 2 dni) – ruszamy do Uppsali, starej stolicy Szwecji i siedziby najstarszego uniwersytetu, gdzie zwiedzamy największą gotycką katedrę Skandynawii.Mamy mały kłopot z parkowaniem, gdyż samochód z przyczepą zajmuje ok. 10 m, ale przed jakąś instytucją jest kilka miejsc postojowych i zajmujemy dwa miejsca. To jest ten jeden z nielicznych minusów zwiedzania z przyczepką. Za Uppsalą jedziemy już bez zatrzymywania się dalej na północ – kierunek Haparanda.  Droga E4 jest wspaniała, po 2 pasma z każdej strony, co chwilę jest miejsce postojowe z toaletą lub zjazd na stację benzynową z całym zapleczem sanitarnym, w tym z toaletą chemiczną.  Zaczynam pojmować, że Szwecja, a jak dalej się okazało Finlandia i Norwegia, to kraje, gdzie caravaning jest tak powszechny, podobnie łodzie motorowe oraz  jachty, jak w Holandii rowery. Po drodze kilkukrotnie mogliśmy zobaczyć duże centra sprzedaży i wynajmu kamperów i przyczepek campingowych. Mnogość napotkanych na drodze przyczep i kamperóworaz stojących przy domach, które nota bene nie mają płotów, zmienia absolutnie moje wyobrażenie o tych krajach. To bez wątpienia dzisiejsi Wikingowie używający przede wszystkim przyczep i kamperów. Jadąc dalej postanawiamy liczyć, ile kamperów i przyczep mijamy, które jadą w przeciwną stronę, tzn w kierunku Sztokholmu. W ciągu godziny, tuż przed południem, córka naliczyła mijających nas 27 przyczep i 21 kamperów – najwięcej szwedzkiej marki, ale były także i włoskie Elnagh i niemieckie Sunlight. Ten sam zabieg zrobiliśmy po miesiącu jadąc z Gdańska do Warszawy. Rezultat: 3 przyczepki – rodem z Niewiadowa i 1 leciwy kamper.

Zbliża się wieczór, w sensie umownym, godzinowym, gdyż na dworze jest bardzo jasno.Za sobą,  ze Sztokholmu mamy ponad 320 km i zaczynamy się rozglądać za postojem. Przyjęliśmy zasadę, że płatne campingi będziemy odwiedzać, co 3 – 4 dni. Dla pozostałychnoclegów wykorzystamy prawo skandynawskie „Prawo Każdego Człowieka” (w Szwecji zwane Allemansratten, w Norwegii – Allemannsretten, w Finlandii – Jokamiehenoikeus) polegające na swobodnym przemieszczaniu się i postoju, niezależnie od tego, kto jest właścicielem ziemi.  Wykorzystujemy stojący przy autostradzie znak, że w pobliżu znajduje się miejsce do łowienia ryb, nad jeziorem  Kyrksjon, ok. 5 km przed małą miejscowością  Hermanger i za parę minut jesteśmy na wspaniałym bezpłatnym biwaku wędkarzy, z  toaletą i przygotowanymi stałymi stołami i ławami dla posiłków i odpoczynku.  Kolejną noc spędzamy podobnie, tym razem nad brzegiem Bałtyku na końcu drogi małej miejscowości Renholmen, na tzw „natur camp”.Jeszcze kilkukrotnie spotykamy się z tego rodzaju campingami, które wprawdzie  są bezpłatne, ale czasami funkcjonują na zasadzie dobrowolnych, małych opłat. My też do skrzynki wrzucamy parę koron.

Jesteśmy coraz bliżej Finlandii. Zmienia się autostrada z 4 pasmowej na 3 pasmową. Szwedzi rozsądnie dopasowali drogę do natężenia ruchu. Kilka kilometrów jedzie się 2 pasmową drogą z możliwością wyprzedzania i kilka kilometrów jednym pasem, gdzie wyprzedzanie jest niemożliwe i wszyscy jadą jednym torem. Nie zauważyłem, by jakiś Szwed się denerwował, iż musiał za mną jechać wolniej kilka kilometrów. Bardzo często tor jednopasmowy jestoddzielony od pozostałych 2 pasów solidną barierką, a nawet krawężnikiem. Taka organizacja autostrady, czy tez drogi ekspresowej wydała mi się bardzo bezpieczna, szczególnie, kiedy przypomniałem sobie krajowe drogi z tzw. 3-cim pasem w środku, który jest dla wyprzedzania, tylko, że dotyczy samochodów z obu stron.

Wprawdzie naszym celem jest Nordkapp, ale nie przepuszczamy okazji, by nie zwiedzić po drodze pierwotne usytuowanie miasta Lulea –dawnego Gammelstad.  Koło kościoła z XV wieku znajduje się tam ponad 400 małych drewnianych domków, które kiedyś służyły kupcom i przybywającym z daleka na msze za nocleg i odpoczynek. Kiedyś w Szwecji był obowiązek udziału w mszy, co niedziela dla osób mieszkających do 10 km, a dla osób mieszkających 20 km – co 2-gą niedzielę. Stąd dla mieszkających dalej budowano takie noclegownie nadając im charakter wiosek parafialnych. W jednym z domków pijemy kawę,  jemy domowej roboty ciasto  i wczuwamy się w atmosferę tamtych czasów.

Przed nami granica z Finlandią. Wjeżdżamy do granicznego miasta Szwecji Haparanda i za mostem jesteśmy już w Finlandii w mieście Tornio. Czujemy się  jak w polskim i czeskim Cieszynie.Dalej jedziemy trochę autostradą i skręcamy  na północ prostą i wygodną drogą E75 do Rovaniemi, które nie jest same w sobie atrakcyjne, lecz ma ten walor, iż znajduje się 8 km od arktycznego koła podbiegunowego.

Nocujemy na  campingu Ounaskoski za 31 euro  w Rovaniemi. Obok naszego stanowiska są Niemcy , również z przyczepką. Narzekają na wysokie ceny, ale zaraz podkreślają, że podjęli działania obniżające koszty. Wyposażyli się w 2 palnikową kuchenkę elektryczną, którą w ramach ryczałtowego prądu na campingu używają do gotowania zamiast gazu. Przyczepkę mają raczej drogą i w miarę nową, ale nie przepuszczają okazji do działań oszczędnościowych. W następnych wyprawach wykorzystam ten pomysł.

Rano zostawiamy przyczepkę i samochodem jedziemy do Napapiiri,  gdzie przebiega magicznalinia koła podbiegunowego północnego, tj szerokości geograficznej  66° 33”39’, która wyznacza granicę powstawania tzw białych nocy. Popełniamy błąd, gdyż miejsce, gdzie wymalowano na drodze linię przechodzenia arktycznego koła podbiegunowego zostało tak skomercjalizowane, iż obok licznych sklepów znajdują się obszerne, bezpłatne parkingi i swobodnie mogliśmy przybyć z przyczepką i nie wracać  z powrotem na camping.

Córka otrzymuje, a właściwie kupujemy jej za kilkanaście euro „Certificate for crossing of the ArcticCircle”. Dodatkową atrakcją tego miejsca jest możliwość odwiedzenia siedziby Św. Mikołaja.

Jedziemy dalej na północ i z każdym dniem odczuwamy zjawisko coraz dłuższego dnia i krótszej nocy. Nie jest to bezpieczne dla kierowcy, ponieważ organizm reaguje zgodnie z długością jasnego dnia i chciałoby się jechać aż do zmierzchu, którego długo nie widać. Jeśli na początku lipca w Warszawie kąt padania promieni słonecznych wynosi ponad 61°,  to za kołem podbiegunowym kąt ten wynosi  47°.

Temperatura się obniżyła do ok. 17°C, krajobraz staje się bardziej surowy, drzewa coraz niższe. Występują coraz dłuższe proste odcinki drogi, ale zawsze malownicze, szczególnie, gdy po obu stronach występują liczne jeziora.Przy jednym z nich, parę kilometrów przed miastem Inari, zatrzymujemy się na nocleg, na parkingu dużego sklepu rdzennych mieszkańców Laponii, tj . Samów. Na parkingu są już Niemcy luksusowym kamperem Concorde.  Po sąsiedzku pytam, czy postój w tym miejscu jest dozwolony i bezpłatny. Na to wytrawny, jak się okazało, kamperowicz szybko pokazał mi przewodnik (Stellplatz – Atlas)  , gdzie był spis dla krajów skandynawskich wszystkich bezpłatnych miejsc postojowych z opisem ich wyposażenia. Szkoda, że w Polsce jeszcze nie są w języku polskim dostępne takie opracowania. Niejednokrotnie żałowałem w dalszych etapach podróży, że nie postarałem się o taki przewodnik.

Rano zaliczamy widok na Jezioro Inari, gdzie znajduje się  3318 wysp. Jest to 6-te największe jezioro w Europie, liczące  1040km² (największe w Polsce Jezioro Śniardwy liczy  113,8km²),  robimy drobne zakupy u Samów – najczęściej handlują swetrami i różnymi drobiazgami z elementami kości z rogu renifera i dalej w drogę, do Inari, gdzie zaplanowaliśmy zwiedzenie muzeum Siida. Muzeum to wraz z przyległym skansenem pełni też funkcję centrum kultury Samów, obrazujące ich tradycyjny tryb życia i symbiozę z surową przyrodą. Muzeum jest nowocześnie zaaranżowane i robi duże wrażenie – polecamy. Należy podkreślić, że odwiedzenie takiego muzeum i zapoznanie się z kulturą rdzennej ludności jest z kolei elementem kultury caravaningowców. Z przyczepą nie jedzie się za szybko. Jest czas na podziwianie przyrody, zjawisk atmosferycznych i poznawanie kultury życia miejscowych ludzi. Tym sposobem można wczuć się w klimat danego regionu.  Poza tym, dobrze jest rozprostować kości na długich trasach. Muzeum jak najbardziej temu sprzyja.

Przygotował: Alfred Brodzki
III część niebawem…