Norwegia – Podróż na Nordkapp (część IV)

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część IV)

IV część: Przeprawa przez „Drogę Trolli”

Przed nami następny etap wyprawy : Droga Atlantycka między Kristiansund a Molde i dalej Droga Trolli prowadząca do fiordu Geiranger.

Jedziemy drogą E39. W Halsa promem za 195 NOK przedostajemy się do Kanestraum i dalej tunelem pod Oceanem Atlantyckim za 107 NOK przedostajemy się na Drogę Atlantycką. Jednakże za wjazd na wyspę Averoya, która jest już częścią Drogi Atlantyckiej płacimy 120 NOK. Płatnych mostów, tuneli i przepraw promowych w naszej wyprawie jest więcej. Przyzwyczajamy się do nich tym bardziej, że nie sprawiają żadnych problemów z ich pokonywaniem. Jedynie obciąża to trochę naszą kiesę.

O ile do tej pory jazda z przyczepką nie nastręczała jakichkolwiek problemów, to teraz dalsza jazda staje się wyzwaniem. Droga Atlantycka ma nieco ponad 8 km i 8 mostów, o nietypowych konstrukcjach. Szczególnie konstrukcja jednego z nich zawiera w sobie zakręt i dużą pochyłość. Na most ten należy wjeżdżać w sposób zdecydowany. Pozostałe są tuż nad wodą i wydaje się, jakbyśmy płynęli na oceanie. Nie ma mowy o zatrzymywaniu się na mostach, by podziwiać widoki. Do tego są specjalnie przygotowane miejsca parkingowe na małych wysepkach, na których również znajdują się kawiarnie. Na jednej z nich obserwujemy zmagania innych, nielicznych kamperowców z przyczepkami.

Zachęceni bezproblemową jazdą Drogą Atlantycką zmierzamy do następnego wyzwania, którym jest Droga Trolli (Trollstigen). Trolle to bohaterowie sag: olbrzymy mieszkające w górach, mają długie pomarszczone nosy, po cztery palce u rąk i nóg i posiadają owłosione ogony. Są nieśmiałe, naiwne i łagodne. Niemniej sama droga nie jest łagodna. Jest to wąska i stroma, o 11 zakrętach i nachyleniu 12% droga otwarta w 1936 roku i osiąga poziom 852 m npm. Dozwolony jest wjazd z pojazdami lub zestawem do 12 m, z uwagi na ostre zakręty. U podnóża wjazdu na drogę Trolli, na parkingu widzę dwie długie przyczepki. Niektórzy odpinają przyczepki i zwiedzają tylko samym samochodem tę drogę, będącą jedną z największych atrakcji Norwegii. Nasz zestaw wynosi ok. 10 m, więc decyduję się na dalszą jazdę. Zdecydowanie wjeżdżam pod górę, automat z trudem przeskakuje na 2 bieg, biorę pierwszy zakręt. Jest wąsko i zakręt jest rzeczywiście ostry, ale brak w tym momencie jadących z góry umożliwia łagodniejsze branie zakrętów. Niestety na kolejnym widzę długą przyczepkę jakiegoś Fina, który zakleszczył się na zakręcie i stoi, licząc pewnie na brak ruchu z dołu. Nie mam już tyle miejsca na skręt w prawo i prawe koło przyczepki zjeżdża z asfaltu na wąskie pobocze szutrowe, które jest ok. 10 cm poniżej asfaltu, a za wąskim poboczem szutrowym jest tylko stroma, skalna ściana. Kątem oka widzę w lusterku gwałtowny przechył przyczepki, trzymam cały czas silnik na wysokich obrotach, czuję już zapach sprzęgła i tylko dzięki dynamicznej jeździe przyczepka po sekundzie wraca na asfalt. Przy pierwszym możliwym postoju, przy mostku z widokiem na wodospad zatrzymuję się głęboko oddychając. Mocny silnik tym razem w pełni się przydał.

Trud wjazdu w 100% wynagradza nam widok na Drogę Trolli, zwaną również Drabiną Trolli. Na szczycie natrafiamy na remont, czy też inwestycje rozbudowy platformy widokowej i miejsc postojowych. W którymś momencie natrafiamy na autobus jadący w przeciwnym kierunku. Albo on, albo ja musimy się cofnąć kilkanaście metrów. Próbuję to uczynić, ale jest tak wąsko, że nie ma możliwości nawet na centymetry ustąpić miejsca. Na szczęście autokar cofa się, korzystając z ustępujących przez kampery miejsc. W ogóle trudno jest znaleźć miejsce postojowe na końcu Drogi Trolli. Parę kilometrów dalej, na płaskiej przestrzeni i przy rzece zatrzymujemy się na obiadowy postój, ale na nocleg, późnym wieczorem meldujemy się na zatłoczonym campingu w Geiranger. Przypominam sobie informację z przewodników, iż do tego Fiordu rocznie przyjeżdża i przypływa ok. 600 000 turystów. Przed samym zjazdem do Fiordu stajemy na platformie widokowej. Widok zapiera dech. Nie bez kozery ten jeden z najwęższych fiordów jest uznawany za Nr 1 w Norwegii pod względem atrakcyjności.

Mamy pecha, gdyż przez następne 3 dni leje jak z cebra. Pocieszamy się tym, że mamy dostęp do elektryczności i ciepłych, płatnych za 10 NOK kabin prysznicowych. W tym momencie żal nam innych turystów, którzy na podmokłej łące na campingu rozbijają namioty. Nie ma to jak przyczepka – pełny komfort. Czekamy na dobrą pogodę, aby zaliczyć zwiedzanie Fiordu statkiem, ale wciąż pada. Wtedy zauważam zachowanie Norwegów, iż zła – w naszym rozumieniu – pogoda, wcale nie zawęża ich sposobu życia. Dzieci na deszczu grają w piłkę, dorośli spacerują bez parasoli i realizują swoje plany wakacyjne. Tak, jak by deszcz w ogóle nie padał. Idę za ich przykładem i mimo deszczu kupuję bilety na wycieczkowy rejs po 155 NOK dorośli, dzieci 80 NOK, i przez godzinę zwiedzamy z powodzeniem Fiord. A jest co zobaczyć: kaskadowe wodospady, olbrzymie statki wycieczkowe, strzeliste w górę masywy górskie i półki skalne, na których jeszcze niedawno, były farmy i mieszkali Norwegowie i aby ich dzieci nie spadły z urwistych zboczy, przywiązywali je do kołków wbitych w ziemię. Następnego dnia zwiedzamy kolejną atrakcję tych okolic – wodospad Storseterfossen. Dojeżdżamy parę kilometrów na południe i dalej 3 km pieszo, w deszczu docieramy do wodospadu, którego atrakcją jest przejście za ścianą huczącej wody. Po drodze widzimy stare siedlisko i zastanawiamy się, jak w takich trudnych warunkach można było żyć. Zwiedzane siedlisko skojarzyło mi się z miejscem pobytu pustelnika. Norwegowie to twardzi ludzie, przywykli do trudnych warunków życia.

Ruszamy dalej po 2 dniach pobytu na campingu w Geiranger, który kosztował nas 210 NOK za każdą dobę, w zasadzie posiadającym monopolistyczne położenie, gdyż w okolicy 1 km, może poza 4 miejscami dla kamperów po drugiej stronie przystani, nie ma możliwości nocowania, a na miejscach postojowych przy przystani statków wycieczkowych i promów zakazuje się nocnego zatrzymania. Po drodze chcemy wjechać samochodem na najwyższy szczyt Dalsnibba 1476 m npm z widokiem na Fiord Geiranger od strony południowej. Niestety, na bramce biletowej ostrzegają nas o istniejącej na górze gęstej mgle – rezygnujemy z wjazdu i obieramy kierunek na lodowiec w Briksdal.

Wracając do stopnia trudności wjazdu z przyczepką do Fiordu Geiranger można by określić to sposób następujący: Droga Trolli jest dużym wyzwaniem, ale wszystko zależy od stopnia natężenia ruchu, a ściślej od okoliczności pojawienia się na pętlach w tym samym czasie 2 zestawów samochodowych z przyczepkami lub autokarów. Dalsza droga, w szczególności zjazd do Fiordu jak i potem wyjazd w górę w kierunku szczytu Dalsnibba obfituje w dużą liczbę zakrętów i znaczny procent nachylenia drogi, ale dzięki temu, że droga ta jest szersza od Drogi Trolli, można ze spokojem mijać się nawet z dużymi autokarami. W większości zakręty i pętle są tutaj poszerzone. Te dwie części: bezpośredni zjazd i wyjazd z Fiordu porównałbym do drogi przez Salmopol między Wisłą a Szczyrkiem, lub częściowo z drogą z Wisły przez Kubalonkę do Istebnej.

Do parkingów na lodowiec w Briksdal z Geiranger docieramy po prawie 3 godzinach, mimo iż przebyliśmy tylko 117 km; dużo zakrętów, wąska droga i na dodatek mgła z mżawką. Na parkingach w automatach należy zapłacić 50 NOK za nocleg. Wybieramy jednak 500 m niżej położony, ładny i czysty camping Melkevoll Bretun za 170 NOK i prysznicami za 10 NOK.

Turyści i foldery określają to miejsce, jako lodowiec Briksdal. Właściwie lodowiec ten nazywa się Jostedalsbreen i jest to największy lodowiec części kontynentalnej Europy o powierzchni 487 km². Powłoka lodowa sięga 600 m, a długość dochodzi do 60 km. Lodowiec posiada 22 jęzory. Ten, do którego rocznie dociera 300 000 turystów nazywa się Breeksdalsbreen i schodzi z wysokości 1200 m npm do 346 m npm topiąc się i spływając do Jeziora Briksdalsbrevantnet w dolinie Briksdal.

Uff, teraz rozumiem, dlaczego turystycznie uproszczono tę nomenklaturę.

Docierając piechotą z campingu do lodowca w Briksdal, ok.50 minut, po drodze mijamy znaki informujące nas o tym, gdzie znajdował się lodowiec kilkaset lub kilkadziesiąt lat temu. Ostatni znak stojący w miejscu, gdzie koniec jęzora Breeksdalsbreen był w 1920 roku wskazuje na skurczenie się lodowca o kilkaset metrów.

 

Przygotował: Alfred Brodzki
V część do przeczytania wkrótce…

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część III)

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część III)

III część: dalszy ciąg przygód w drodze do Skandynawii.

Jedziemy dalej na północ i za około 30 km za Inari opuszczamy drogę E75 i kierujemy się na zachód drogą 92, która za 70 km zaprowadzi nas do granicy z Norwegią. Jeszcze w Finlandii, ale i potem w Norwegii, spotykamy łosie i renifery. Uwagi w przewodnikach, by na nie uważać, że nagle pojawiają się na drodze są zgodne z prawdą. My się cieszyliśmy z takiego spotkania. Dla nas to była atrakcja, ale jadący za nami Finowie byli wyraźnie zniecierpliwieni, ponieważ staliśmy tak długo, aż te sympatyczne zwierzęta same opuściły drogę.

Po przekroczeniu granicy norweskiej krajobraz coraz częściej wygląda bardzo surowo, praktycznie nie ma już tych gęstych lasów, jakie jeszcze niedawno spotykaliśmy, coraz więcej skał i kamieni pokazuje się po obu stronach drogi. A jak już coś rośnie, to są to karłowate krzewy.

Nordkapp osiągamy w sobotę, 10 lipca  po godzinie 23-ciej.  Mamy duże szczęście, gdyż deszcz przestał padać, jest 12°C, przejaśniło się i widać na dalekim horyzoncie zachodzące słońce, któremu towarzyszymy jakiś czas. Ten przylądek północny o szerokości geograficznej 71°10’21”N idealnie pasuje do wyobrażenia, że to już jest koniec stałego lądu Europy, że za bezkresną dalą oceanu, za 2100km jest już biegun północny.A za nami 2450km z Warszawy, nie licząc mil morskich, czy kilometrów podróży promem po Bałtyku, chociaż wg dzielących nas z Warszawą 18stopni i 35 minut (18˚35’) wg równoleżników, odległość ta wynosi 2064,7 km.

Stanęliśmy pośród ok 40 kamperów i może 2 przyczepek, nie odpinając przyczepki, na obszernym parkingu przed budynkiem, gdzie jest m.in. kawiarnia i restauracja, duży sklep z pamiątkami, kino, poczta, kaplica. Odwiedzamy sklep, wysyłamy z punktu pocztowego kartki i kupujemy CD z filmem, który wcześniej, bezpłatnie obejrzeliśmy w kinie. Film jest fenomenalny i oddaje nastrój tego przylądka. Kupujemy także dla córki certyfikat dotarcia do przylądka Nordkapp.Podobnie jak my, co roku dociera tu ok. 200 000 turystów, w tym spora część camperami i nieliczni z przyczepkami campingowymi.

Rano budzi nas silny szum wiatru oraz obijanie czymś dachu przyczepki. Okazuje się, że to antena TV została wygięta przez wiatr i tak tłucze. Zresztą, po chwili jeszcze silniejszy podmuch wiatru ją urywa i szybuje gdzieś w siną dal. W następnych etapach podróży obywamy się już bez TV. No cóż, przyroda każe nam zwracać uwagętylko na siebie.   Jest gęsta mgła, na odległość 3 m już nic nie widać. Nikt z sąsiednich kamperów nie decyduje się na wyjazd z parkingu aż do południa. Po prostu nie wiadomo, w którą stronę się udać. Teraz już wiemy, co to znaczy przybyć na Nordkapp i go nie zobaczyć.Temperatura spadła do 7°C i zimowe kurtki w pełni są wykorzystane. Ogrzewanie gazowe w przyczepce także kolejny już raz w tej wyprawie zdaje egzamin. Pragnę tylko podkreślić, jak ważne jest przygotowanie przyczepki i samochodu do wyprawy oraz zabranie odpowiedniego ekwipunku.

Bilet wstępu na parking, będący jakby biletem wstępu na Nordkapp,  który kosztował nas 550 NOK jest ważny przez 2 dni, więc opuszczamy to magiczne miejsce i kierujemy się na południowy – zachód, drogą E6 do Alty, gdzie znajduje się sprzed 2,5 do 6 tys. lat ok. 3000 rysunków naskalnych, przedstawiających czasy myśliwych i rybaków z epoki kamiennej. Motywami są ryby, statki, zwierzęta.

Zaczyna nam brakować paliwa, które ostatni raz tankowaliśmy jeszcze w Finlandii. Ale na automatycznej stacji naszych kart płatniczych automaty nie akceptują.  Sytuacja taka zdarza się jeszcze parę razy w następnych dniach.  Pomaga nam inny kamperowicz,  któremu dajemy gotówkę w euro, a on nam tankuje na swoją kartę.  Nocujemy 39 km za Altą w miejscowości Talvik, przy nabrzeżu jachtowym, obok stacji Shell, gdzie mamy dostęp do ciepłej wody, toalet i toalety chemicznej.

Następnym punktem zwiedzania jest miasto Tromso. Miejsc na campingu brak, płacimy po 45 NOK za ciepłe prysznice (wyjątkowo drogo) i chcemy jechać dalej, bez zwiedzania miasta, ale życzliwi Węgrzy, którzy przyjechali tu do pracy i nocują w Fordzie Tranzycie przerobionym na kamper podpowiadają nam miejsce, które oni używają na noclegi. Jest to obszerny plac przy przystani, niedaleko jedynego campingu w Tromso i cmentarza.  Na pewno spotkany w Finlandii Niemiec miał w swoim „Stellplatz – Atlas” to miejsce zaznaczone, gdyż było wygodne, z dostępem do wody pitnej i dogodnie położone. Nazajutrz po zostawieniu przyczepki swobodnie wjeżdżamy do miasta przez imponujący most do – w sumie nieciekawego miasta.

Tankujemy olej napędowy za 11,91 NOK (benzyna 95 jest po 12,92NOK) i dalej w drogę; pada deszcz, jest ok. 11°C.  Dla rozgrzania wstępujemy do jednego z szałasów Samów przy drodze na gorącą zupę z renifera za 25 NOK. Smakuje  jak rosół z wołowiny.

Wprawdzie następnym celem są Lofoty, ale postanawiamy nieco nadłożyć drogi i odwiedzić groby polskich żołnierzy w Narviku.Trochę nam to czasu zajmuje, gdyż nie ma wyraźnych znaków informacyjnych.W zasadzie istnieją dwa miejsca upamiętniające walki o Narvik z udziałem Polaków, natomiast groby znajdują się na miejscowym cmentarzu w Hakvik, na południowych przedmieściach Narviku.

Powracamy z powrotem na północ, aby wjechać na Lofoty, tj 6 dużych wysppołączonych mostami i tunelami.Co takiego jest w tych Lofotach, –  nota bene, wcześniej nic niemówiącanam nazwa – że tyle turystów tam gna kamperami, samochodami, rowerami i motocyklami?  W jednym z przewodników autor określił Lofoty, jako polskie Tatry wychodzące wprost z morza. Nas dodatkowo uderzyła kolorystyka; lazur nieba, czerwone i białe domki na palach, białe piaszczyste plaże i malownicze zatoki na tle stromych granitowych zboczy, często pokrytych śniegiem kontrastującym z leżącymi poniżej zielonymi łąkami. Początek był nieciekawy, gdyż na południowo-wschodniej stronie Lofotów czekały nas mgły, deszcze i temperatura 9°C, podczas gdy w tym czasie w Polsce temperatura sięgała 30°C. Dopiero w następnych dniach temperatura podniosła się do 14°C, wyszło słońce i Lofoty pokazały swój koloryt.Spostrzegliśmy także, że na północno-zachodniej stronie było więcej słońca, gdy w tym samym czasie na południowej padały deszcze. Ale to nie jest regułą, tylko efektem frontów atmosferycznych zderzających się od północy z wysokimi górami i wpływ dobroczynnego ciepła Golfsztromu, który opływa te wyspy. Opis ten tylko podkreśla, że wyprawa do Norwegii, to ciągłe wahania temperatury i duża zmienność pogody.

Wydaje nam się, że południowa część Lofotów jest ciekawsza, zwłaszcza wyspy Flakstadoy  i  Moskenesoy.  Zaliczyliśmy wszystkie zalecane przez przewodniki miejsca: Muzeum Wikingów w miejscowości Borg, wszystkie przeurocze miejscowości przy głównej drodze Lofotów E10 na czele z miejscowością Reine,białą plażą w Flakstad, przy okazji nocując na sąsiadującym z nią campingiem„Skagen” za 185 NOK i płatnymi prysznicami  nie wiedząc, że ok. 800 m dalej na południe było wspaniałe, bezpłatne  miejsce na noclegprzy punkcie widokowym na plażę z toaletami i ciepłą wodą.

Z dużym zainteresowaniem oglądaliśmy, jedyne w swoim rodzaju, drewniane stelaże, konstrukcje z żerdzi, na których suszyły się dorsze zwane sztokfiszami. Suszenie dorszy zajmuje powierzchnię ok. 400 000 m². Suszą się w sposób naturalny na wietrze, którego wilgotność i temperatura występuje tylko na Lofotach,  w zasadzie od marca do maja tracąc ok. 80% wagi,   zachowując wszystkie wartości odżywcze. Mogą być przechowywane przez wiele lat.  Dzięki suszonym dorszom, dawni Wikingowie mieli zapas żywności na długie tygodnie, a nawet miesiące wędrówek.

Dojeżdżając do ostatniej miejscowości na Lofotach, o najkrótszej pewnie w Europie nazwie „A”, która jest ostatnią literą norweskiego alfabetu musieliśmy podjąć decyzję, co do dalszego kierunku i sposobu wędrówki. Z miejscowości A do Bodo,  z powrotem lądem  na północ przez Narvik jest 680 km. Wybieramy jednak droższy wariant, tjprom z Sorvagen za 1368 NOK i za 4 godziny jesteśmy w Bodo. Mamy szczęście, iż zmieściliśmy się w kolejce do ostatniego promu o godz. 21-szej, mimo, że na przystani byliśmy już o 15-tej.  Kampery i przyczepki za nami musiały czekać do następnego dnia. Na przystań wSorvagen należy więc przyjeżdżać wcześniej, albo rezerwować miejsce przez internet, co jest operacją bardzo kosztowną.

Przejeżdżamy przez Bodo nie zatrzymując się i mimo  1-szej w nocy,  widno jest jak nad ranem.  Po godzinnej jeździe jesteśmy u celu, którym jest cieśnina Saltstraumen. Zatrzymujemy się na parkingu przed supermarketem, na przeciwko campingu PluscampSaltstraumen. Cieśnina Saltstraumen łączy dwa fiordy o długości 3 km i szerokości tylko 150 m i dzięki temu zwężeniu powstają tam najsilniejsze na świecie prądy pływowe.Cztery razy dziennie, co 6 godzin, 400 mln m³ wody przepływa z prędkością 20 węzłów (37 km/h) tworząc niebezpieczne wiry o głębokości 5 m i średnicy 10 m.Wprawdzie w przewodnikach jest informacja, aby to zjawisko oglądać z mostu nad cieśniną, ale nam się wydaje, że bezpośrednie uczestnictwo z punku widokowego pod mostem, tuż nad wodą daje większe wrażenie.  Jest to niesamowity widok. Warto było przyjechać i dzięki temu, że rano w recepcji campingu otrzymaliśmy rozkład czasowy przypływów i odpływów – zdążyliśmy na czas rannego odpływu.  W tym dniu odpływ był o godz. 9,28 a przypływ o 15,29.

Na przypływ już nie czekaliśmy i po porannych widokach i wrażeniach mkniemy dalej. Naszym celem jest lodowiec Svartisen. W miejscowości Rossvoll, ok. 14 km przed Mo i Rana od strony północnej skręcamy z drogi E6  na lotnisko tego miasta i jadąc ok. 21 km – po raz pierwszy na końcowym  odcinku drogą utwardzoną– docieramy na kolejny bezpłatny nocleg, gdzie jest woda i toalety, a rano łodzią za 120 NOK w obie strony od osoby – ok. 5 km -dostajemy się w pobliże lodowca. Droga na sam lodowiec jest pełna wrażeń. Pniemy się 3,5 km po skałach i chwalimy nabyte przed wyjazdem buty trekingowe. Jest ciepło – 24°C, ale zbliżając się do imponującego lodowca, drugiego co do wielkości w Norwegii  o łącznej powierzchni 369 km², czujemy chłód i respekt. Widzimy odrywające się potężne bloki lodowcowe, które staczają się do małego jeziora, przechodzącego w rwącą rzekę i wodospad. Lodowiec ma ciekawy, siny czy też stalowo-niebieski kolor.

I dalej w drogę – E6, gdyż kolejne atrakcje są przed nami. Przejeżdżając przez Mosjoen, natrafiamy na miejscowy festyn, który na tle starych, drewnianych domów urzeka swą prostotą i serdecznością. W miejscowości tej mieszka i tworzy spora grupa artystów i rzemieślników, którzy w okresie festynu udostępniają swoje domy i pracownie i wystawiają obrazy, rzeźby i inne wytwory do oglądania i sprzedaży.

Kolejną noc spędzamy na przydrożnym parkingu, który za połowę ceny normalnego campingu oferuje porządne miejsca postojowe, toalety z ciepłą wodą oraz sklep z pamiątkami i bar.Niestety z poprzedniego okresu ciepłych dni o temperaturze 24°C nic nie zostało. Trafiamy na deszcz i 13°C. No cóż, to jest Norwegia.

 

Przygotował: Alfred Brodzki
IV część wkrótce…

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część II)

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część II)

II część: etap podróży i przygód. Skandynawia 6000.

Wreszcie wyruszamy, na te wakacje- na północ. Przed nami miesiąc podróży i przygód oraz ponad – wg planu – 6000 kilometrów po krajach skandynawskich.  W kraju piękna pogoda- lato  jest gorące. A my do Szwecji, potem Finlandii i docelowo Norwegii gdzie jest chłodno, deszczowo, drogo ale przepiękne krajobrazy, odmienne za każdym zakrętem drogi mają nam wynagrodzić trudy podróży.  Startując kontaktujemy się jeszcze z właścicielem S-Campu w Bieruniu, Panem Marcinem Szczurkiem i jego bratem Michałem, szefem serwisu, licząc na ich wsparcie w czasie podróży, tak – na wszelki wypadek.

Trasę z Warszawy do Gdańska pokonujemy stosunkowo wolno, z uwagi na duży ruch zawsze panujący w soboty w czasie wakacji. GPS bez problemów prowadzi nas prosto do przystani promowej w Gdańsku, gdzie prom „Scandinavia” już na nas czeka. Odprawa biletowa przebiega sprawnie ale  zderzamy się z pierwszym wyzwaniem. Na prom przyjęto maksymalną liczbę samochodów i zamiast wjechać przodem i w luku nawrócić, każą nam wjechać z przyczepą tyłem. Ponieważ trap jest lekko pod górę, można sobie wyobrazić ciągłe blokowanie najazdowego hamulca oraz cofanie się na sam koniec promu.  Natychmiast przychodzi mi do głowy pomysł, by w takich sytuacjach na prom puszczać samochody z przyczepkami na samym końcu, by uniknąć długiego cofania.  Udajemy się do kabiny, ale przedtem, na wszelki wypadek opuszczam wszystkie podnóżki przyczepki i zaciągam jej ręczny hamulec. Na promie idziemy na piwo, po 11 zł za plastikowy kufel i jemy kiełbasę z grilla za 17 zł. Za atrakcje trzeba płacić, ale te najdroższe dopiero przed nami. Przed snem jeszcze fundujemy sobie kino za 15 zł od osoby i po prysznicu zasypiamy, ukojeni jednostajnym szumem silnika statku oraz czasami łagodnym kołysaniem. Rano budzi nas komunikat, iż śniadanie w restauracjach na nas czeka, z podkreśleniem, że w cenie promocyjnej.  Ale czeka na nas także urzekający błękit nieba, falujący lekko Bałtyk i mijające po drodze statki. Taka podróż to już początek miłych wrażeń i wspomnień. Z lekkim opóźnieniem, po ponad 18 godzinach, w Nynashamn z promu sprawnie wyjeżdżamy, by po 60 km dotrzeć do Sztokholmu, gdzie czeka na nas zarezerwowany camping Bredang. Był to jedyny rezerwowany wcześniej camping.

Wprawdzie znajdujemy się już w stolicy Szwecji, ale do centrum jest ok. 10 km. Obok campingu – ok. 700m – znajduje się stacja metra, gdyż ona była wyznacznikiem wyboru campingu, z której startujemy na zwiedzanie miasta. Do centrum docieramy w ciągu ok. 25 minut za 30 SEK od osoby.

Sztokholm jest 1,5m milionowym, rozległym miastem, składającym się z 7 wysp połączonych mostami i posiadających doskonałe połączenia promowe. W ciągu 2 dni zwiedzamy najciekawsze dla turystów miejsca:Gamla Stan, czyli Stare Miasto oraz Muzeum Waza, gdzie oglądamy królewski okręt „Vasa”, który w 1628r miał być największym okrętem wojennym tamtych czasów, ale po nieroztropnej decyzji króla Gustawa II Adolfa o zwiększeniu liczby dział na pokładzie, okręt został przeciążony i po przepłynięciu 1,5 km po zwodowaniu zatonął  wraz z  załogą.  „Vasa-Museum” uzupełniamy oglądając znajdujące się w sąsiedztwie, małe  muzea łodzi. W dalszej kolejności zwiedzamy Zamek oraz przyglądamy się – jak zawsze interesującej dla każdej stolicy – zmianie warty na Zamku Królewskim. Ponieważwszystko, co atrakcyjne dla turysty w Sztokholmie można w zasadzie zwiedzić pieszo, stąd posługiwanie się w centrum samochodem bądź kamperem uważamy za zbyteczne.

Mamy niedosyt zwiedzania Sztokholmu, ale przed nami długa droga i po opłaceniu campingu – 620 SEK (ok. 270zł za 2 dni) – ruszamy do Uppsali, starej stolicy Szwecji i siedziby najstarszego uniwersytetu, gdzie zwiedzamy największą gotycką katedrę Skandynawii.Mamy mały kłopot z parkowaniem, gdyż samochód z przyczepą zajmuje ok. 10 m, ale przed jakąś instytucją jest kilka miejsc postojowych i zajmujemy dwa miejsca. To jest ten jeden z nielicznych minusów zwiedzania z przyczepką. Za Uppsalą jedziemy już bez zatrzymywania się dalej na północ – kierunek Haparanda.  Droga E4 jest wspaniała, po 2 pasma z każdej strony, co chwilę jest miejsce postojowe z toaletą lub zjazd na stację benzynową z całym zapleczem sanitarnym, w tym z toaletą chemiczną.  Zaczynam pojmować, że Szwecja, a jak dalej się okazało Finlandia i Norwegia, to kraje, gdzie caravaning jest tak powszechny, podobnie łodzie motorowe oraz  jachty, jak w Holandii rowery. Po drodze kilkukrotnie mogliśmy zobaczyć duże centra sprzedaży i wynajmu kamperów i przyczepek campingowych. Mnogość napotkanych na drodze przyczep i kamperóworaz stojących przy domach, które nota bene nie mają płotów, zmienia absolutnie moje wyobrażenie o tych krajach. To bez wątpienia dzisiejsi Wikingowie używający przede wszystkim przyczep i kamperów. Jadąc dalej postanawiamy liczyć, ile kamperów i przyczep mijamy, które jadą w przeciwną stronę, tzn w kierunku Sztokholmu. W ciągu godziny, tuż przed południem, córka naliczyła mijających nas 27 przyczep i 21 kamperów – najwięcej szwedzkiej marki, ale były także i włoskie Elnagh i niemieckie Sunlight. Ten sam zabieg zrobiliśmy po miesiącu jadąc z Gdańska do Warszawy. Rezultat: 3 przyczepki – rodem z Niewiadowa i 1 leciwy kamper.

Zbliża się wieczór, w sensie umownym, godzinowym, gdyż na dworze jest bardzo jasno.Za sobą,  ze Sztokholmu mamy ponad 320 km i zaczynamy się rozglądać za postojem. Przyjęliśmy zasadę, że płatne campingi będziemy odwiedzać, co 3 – 4 dni. Dla pozostałychnoclegów wykorzystamy prawo skandynawskie „Prawo Każdego Człowieka” (w Szwecji zwane Allemansratten, w Norwegii – Allemannsretten, w Finlandii – Jokamiehenoikeus) polegające na swobodnym przemieszczaniu się i postoju, niezależnie od tego, kto jest właścicielem ziemi.  Wykorzystujemy stojący przy autostradzie znak, że w pobliżu znajduje się miejsce do łowienia ryb, nad jeziorem  Kyrksjon, ok. 5 km przed małą miejscowością  Hermanger i za parę minut jesteśmy na wspaniałym bezpłatnym biwaku wędkarzy, z  toaletą i przygotowanymi stałymi stołami i ławami dla posiłków i odpoczynku.  Kolejną noc spędzamy podobnie, tym razem nad brzegiem Bałtyku na końcu drogi małej miejscowości Renholmen, na tzw „natur camp”.Jeszcze kilkukrotnie spotykamy się z tego rodzaju campingami, które wprawdzie  są bezpłatne, ale czasami funkcjonują na zasadzie dobrowolnych, małych opłat. My też do skrzynki wrzucamy parę koron.

Jesteśmy coraz bliżej Finlandii. Zmienia się autostrada z 4 pasmowej na 3 pasmową. Szwedzi rozsądnie dopasowali drogę do natężenia ruchu. Kilka kilometrów jedzie się 2 pasmową drogą z możliwością wyprzedzania i kilka kilometrów jednym pasem, gdzie wyprzedzanie jest niemożliwe i wszyscy jadą jednym torem. Nie zauważyłem, by jakiś Szwed się denerwował, iż musiał za mną jechać wolniej kilka kilometrów. Bardzo często tor jednopasmowy jestoddzielony od pozostałych 2 pasów solidną barierką, a nawet krawężnikiem. Taka organizacja autostrady, czy tez drogi ekspresowej wydała mi się bardzo bezpieczna, szczególnie, kiedy przypomniałem sobie krajowe drogi z tzw. 3-cim pasem w środku, który jest dla wyprzedzania, tylko, że dotyczy samochodów z obu stron.

Wprawdzie naszym celem jest Nordkapp, ale nie przepuszczamy okazji, by nie zwiedzić po drodze pierwotne usytuowanie miasta Lulea –dawnego Gammelstad.  Koło kościoła z XV wieku znajduje się tam ponad 400 małych drewnianych domków, które kiedyś służyły kupcom i przybywającym z daleka na msze za nocleg i odpoczynek. Kiedyś w Szwecji był obowiązek udziału w mszy, co niedziela dla osób mieszkających do 10 km, a dla osób mieszkających 20 km – co 2-gą niedzielę. Stąd dla mieszkających dalej budowano takie noclegownie nadając im charakter wiosek parafialnych. W jednym z domków pijemy kawę,  jemy domowej roboty ciasto  i wczuwamy się w atmosferę tamtych czasów.

Przed nami granica z Finlandią. Wjeżdżamy do granicznego miasta Szwecji Haparanda i za mostem jesteśmy już w Finlandii w mieście Tornio. Czujemy się  jak w polskim i czeskim Cieszynie.Dalej jedziemy trochę autostradą i skręcamy  na północ prostą i wygodną drogą E75 do Rovaniemi, które nie jest same w sobie atrakcyjne, lecz ma ten walor, iż znajduje się 8 km od arktycznego koła podbiegunowego.

Nocujemy na  campingu Ounaskoski za 31 euro  w Rovaniemi. Obok naszego stanowiska są Niemcy , również z przyczepką. Narzekają na wysokie ceny, ale zaraz podkreślają, że podjęli działania obniżające koszty. Wyposażyli się w 2 palnikową kuchenkę elektryczną, którą w ramach ryczałtowego prądu na campingu używają do gotowania zamiast gazu. Przyczepkę mają raczej drogą i w miarę nową, ale nie przepuszczają okazji do działań oszczędnościowych. W następnych wyprawach wykorzystam ten pomysł.

Rano zostawiamy przyczepkę i samochodem jedziemy do Napapiiri,  gdzie przebiega magicznalinia koła podbiegunowego północnego, tj szerokości geograficznej  66° 33”39’, która wyznacza granicę powstawania tzw białych nocy. Popełniamy błąd, gdyż miejsce, gdzie wymalowano na drodze linię przechodzenia arktycznego koła podbiegunowego zostało tak skomercjalizowane, iż obok licznych sklepów znajdują się obszerne, bezpłatne parkingi i swobodnie mogliśmy przybyć z przyczepką i nie wracać  z powrotem na camping.

Córka otrzymuje, a właściwie kupujemy jej za kilkanaście euro „Certificate for crossing of the ArcticCircle”. Dodatkową atrakcją tego miejsca jest możliwość odwiedzenia siedziby Św. Mikołaja.

Jedziemy dalej na północ i z każdym dniem odczuwamy zjawisko coraz dłuższego dnia i krótszej nocy. Nie jest to bezpieczne dla kierowcy, ponieważ organizm reaguje zgodnie z długością jasnego dnia i chciałoby się jechać aż do zmierzchu, którego długo nie widać. Jeśli na początku lipca w Warszawie kąt padania promieni słonecznych wynosi ponad 61°,  to za kołem podbiegunowym kąt ten wynosi  47°.

Temperatura się obniżyła do ok. 17°C, krajobraz staje się bardziej surowy, drzewa coraz niższe. Występują coraz dłuższe proste odcinki drogi, ale zawsze malownicze, szczególnie, gdy po obu stronach występują liczne jeziora.Przy jednym z nich, parę kilometrów przed miastem Inari, zatrzymujemy się na nocleg, na parkingu dużego sklepu rdzennych mieszkańców Laponii, tj . Samów. Na parkingu są już Niemcy luksusowym kamperem Concorde.  Po sąsiedzku pytam, czy postój w tym miejscu jest dozwolony i bezpłatny. Na to wytrawny, jak się okazało, kamperowicz szybko pokazał mi przewodnik (Stellplatz – Atlas)  , gdzie był spis dla krajów skandynawskich wszystkich bezpłatnych miejsc postojowych z opisem ich wyposażenia. Szkoda, że w Polsce jeszcze nie są w języku polskim dostępne takie opracowania. Niejednokrotnie żałowałem w dalszych etapach podróży, że nie postarałem się o taki przewodnik.

Rano zaliczamy widok na Jezioro Inari, gdzie znajduje się  3318 wysp. Jest to 6-te największe jezioro w Europie, liczące  1040km² (największe w Polsce Jezioro Śniardwy liczy  113,8km²),  robimy drobne zakupy u Samów – najczęściej handlują swetrami i różnymi drobiazgami z elementami kości z rogu renifera i dalej w drogę, do Inari, gdzie zaplanowaliśmy zwiedzenie muzeum Siida. Muzeum to wraz z przyległym skansenem pełni też funkcję centrum kultury Samów, obrazujące ich tradycyjny tryb życia i symbiozę z surową przyrodą. Muzeum jest nowocześnie zaaranżowane i robi duże wrażenie – polecamy. Należy podkreślić, że odwiedzenie takiego muzeum i zapoznanie się z kulturą rdzennej ludności jest z kolei elementem kultury caravaningowców. Z przyczepą nie jedzie się za szybko. Jest czas na podziwianie przyrody, zjawisk atmosferycznych i poznawanie kultury życia miejscowych ludzi. Tym sposobem można wczuć się w klimat danego regionu.  Poza tym, dobrze jest rozprostować kości na długich trasach. Muzeum jak najbardziej temu sprzyja.

Przygotował: Alfred Brodzki
III część niebawem…

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część I)

Norwegia – Podróż na Nordkapp (część I)

I część: Etap przygotowań.

Decyzja zapadła. Po tradycyjnych już wyprawach na południe, gdzie „zaliczyliśmy” Rivierę francuską, włoską, praktycznie całe Włochy, Czarnogórę i Chorwację, tym razem postanowiliśmy z rodziną zobaczyć Nordkapp, czyli najbardziej wysuniętą na północ część lądu – Europy. Dotychczas podróżowaliśmy zakupioną w S-Camp w Bieruniu przyczepę campingową. Także na tą trudną wyprawę decydujemy się wybrać z naszą przyczepą.

Nordkapp to oczywiście tylko hasło, gdyż za nim kryje się znaczne przedsięwzięcie, typu: odległość, klimat, kultura, infrastruktura techniczna w rodzaju dróg i campingów itd.

W szczególności zainteresowało mnie to, że w wielu opisach wypraw na specjalistycznych forach nie znalazłem ani jednego, który by dotyczył wyprawy z przyczepą campingową. Czyżby te surowe, w sensie klimatu i przyrody kraje nie nadawały się do takich wypraw?

Były jedynie opisy wypraw kamperów, samochodów, motocykli, nawet rowerów z wykorzystaniem namiotów oraz przygodnych domków campingowych, tam zwanych „hytter”.

Rozpocząłem więc etap przygotowań do wyprawy. Przygotowania zaczęły biec dwutorowo: ścieżką organizacyjną oraz techniczną.

Do ścieżki organizacyjnej zaliczyliśmy wybór trasy, termin i okres trwania wyprawy, zaopatrzenie w mapy i przewodniki oraz porządny GPS. Przede wszystkim jednak gruntownie zaczęliśmy studiować wszelkie opisy wypraw zamieszczane tak w prasie, w tym w Polskim Caravaningu oraz w Zewie Północy, jak i w Internecie. Zasięgnęliśmy także opinii właściciela firmy S-Camp, Pana Marcina, który udzielił nam wielu wskazówek, szczególnie pod względem doposażenia przyczepy. Z tym nie było większego kłopotu, bowiem sklep jaki się znajduje w Bieruniu w S-Camp-ie dysponuje w swej ofercie – praktycznie- wszystkimi niezbędnymi akcesoriami.

Po bliższym zapoznaniu się ze Skandynawią postanowiliśmy:

  • jechać w lipcu, kiedy jest najcieplej i słońce nie zachodzi przed północą,
  • wziąć urlop 4 tygodniowy, by tzw koszty stałe w relacji do kosztów ogółem zminimalizować oraz podołać zaplanowanym 6000 km w Skandynawii,
  • wyznaczyć trasę odwrotnie do wskazówek zegara, tzn najpierw jechać przez Szwecję do Finlandii na północ, prosto na Nordkapp a potem na południowy zachód zwiedzać Norwegię. Z uwagi na promocje linii promowej Polferries, tzn zniżki w przypadku biletu tam i z powrotem musieliśmy zaplanować trasę po Skandynawii z Nynashamn pod Sztokholmem, jako start i meta.

W kwietniu rezerwujemy, a w zasadzie kupujemy promocyjny bilet na trasie Gdańsk – Nynashamn – Gdańsk na samochód, przyczepkę oraz kabinę, gdyż podróż w jedną stronę trwa 18 godzin. Szkoda, że za przyczepkę musimy zapłacić pełną stawkę. Nie sprzyja to rozwojowi turystyki caravaningowej, z przyczepkami z Polski do Skandynawii.

Wiosną odwiedzam Targi Turystyki w Warszawie, gdzie otrzymuję kilka folderów i map, a z Biura Turystyki Ambasady Norwegii otrzymuję najnowszy promocyjny prospekt.

Wyrabiamy karty ubezpieczeniowe EKUZ oraz ubezpieczamy się dodatkowo w Warcie. Niezależnie sprawdzam ubezpieczenie typu Assistance zawarte w ubezpieczeniu samochodu. Po prostu dzwonię na numery podane mi w ubezpieczeniu i sprawdzam, „co by było, gdyby”. Wyposażenie uzupełniamy o lornetkę i kompas oraz nabywamy promocyjnie GPS z ekranem 5”.

W maju rezerwujemy camping w Sztokholmie oraz zamawiamy Skandynawski Karnet Kempingowy CCS, na który trzeba czekać ok. 3 tygodni. Można go zamówić bezpośrednio Internetem lub nieco drożej poprzez PZM-ot. Karnet ułatwia meldowanie na campingach oraz zawiera ubezpieczenie.

Po solidnym zapoznaniu się ze Skandynawią z przewodników i wszelkich dostępnych źródeł, na czele z królującym obecnie Internetem, w tym nieocenioną stroną „Norwegia”, przygotowania organizacyjne kończy wyznaczenie tzw żelaznych punktów, tj miejsc do zwiedzania oraz znajdujących się tam campingów wyszukanych w sprawdzonym programie ACSI Eurocampings. Wyznaczone miejsca campingowe służą nie tylko do ewentualnego zatrzymania się, lecz również do orientacji, przy pomocy wspomnianego oprogramowania ACSI, jaką trasę należy pokonać w ciągu dnia, nie przekraczając dziennie maksimum 400 km w Szwecji i Finlandii i 200 km do 300 km w Norwegii, mając na uwadze ukształtowanie terenu i rodzaj drogi.

Do ścieżki technicznej przygotowań zaliczyłem przygotowanie samochodu i przyczepki oraz wyposażenie w różne drobiazgi, pomny niedostatków z poprzednich wypraw. Do nich należał przede wszystkim zakup nowego czajnika elektrycznego o mocy 850 wat, gdyż dotychczasowy o mocy 2000 wat szybko wyłączał na campingach bezpieczniki. Następnie doposażyłem się w nowoczesne ledowe latarki, gazowe iskrowniki do kuchenki gazowej, a samochód w zapasowe żarówki, gdyż takie są wymogi w Skandynawii. W przyczepce w serwisie S-Camp wymieniłem klocki i amortyzatory, włącznie z gazowym amortyzatorem najazdowego hamulca.

Na dachu, na relingach samochodu umieszczam box, który w zimie służy do przewozu 4 par nart. Idealnie będą tam pasowały wszystkie ubiory na zimne dnie poza kołem podbiegunowym; kurtki, czapki, nowo zakupione buty trekingowe, zapasowe spodnie i ciepłe bluzy. Jak się potem okazało, było to wszystko bardzo przydatne, a nie zajmowało miejsca w przyczepce.

Z uwagi na to, że w Skandynawii istnieje „Prawo Każdego Człowieka” (w Szwecji zwane Allemansratten, w Norwegii – Allemannsretten, w Finlandii – Jokamiehenoikeus) polegające na swobodnym przemieszczaniu się i postoju, niezależnie od tego, kto jest właścicielem ziemi, oraz czekającego nas praktycznie codziennego przemieszczania się, postanawiam przyczepkę przerobić na quasi kamper. Montuję własnym sumptem zbiornik na szarą wodę wykorzystując do tego rurę kanalizacyjną PVC o przekroju 15 cm, którą zaślepiam gotowymi końcówkami-denkami, dodaję kran spustowy i montuję rurę-zbiornik pod podłogą, równolegle do osi przyczepki za pomocą kwadratowych rurek aluminiowych. Uzyskałem w ten sposób zbiornik o pojemności ok. 22 litrów, co okazało się nieocenioną wygodą w tej wyprawie. Zbiornik na czystą wodę przyczepka posiadała w wielkości 40 litrów. W przyczepce montuję także akumulator z prostownikiem, który ładuje się podczas zasilania przyczepki na campingach na 230 V oraz podczas jazdy samochodem z alternatora. Prądu nie zabrakło mi przez cały miesiąc. Do ładowania jednak tego akumulatora oraz dostarczania prądu do lodówki podczas jazdy musiałem zmienić gniazdo przy haku z 7 pinowego na 13 pinowy. Wbrew pozorom, nie jest to łatwe przedsięwzięcie, kiedy samochód jest naszpikowany elektroniką i z precyzją należy dopasować do danego typu samochodu tzw moduł elektroniczny, sterujący wiązką. Ważne jest, by po wyłączeniu kluczykiem silnika nastąpiło automatyczne odcięcie prądu z samochodu na zasilanie lodówki. Z bagażnika na rowery postanowiłem zrezygnować, jak również z namiotu. Ograniczyłem się do daszka, a w miejscu, gdzie były rowery zamontowałem skrzynkę na 3 krzesła turystyczne i 2 stoliki. Skrzynkę zmajstrowałem ze sklejki 6 mm łącząc ją na brzegach przy pomocy aluminiowych kątowników. Drzwiczki zaopatrzyłem w 2 rygle zamykane na małe kłódki. W ten sposób nadrobiłem brak w przyczepce zewnętrznego luku. Potem, jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę, gdyż nieodzowne stoliki i krzesła nie przeszkadzały w środku przyczepki ani w bagażniku samochodu a rozkładanie i składanie przebiegało w ekspresowym tempie. To doposażenie przyczepki jak i wcześniej przedstawione: zbiornik na szarą wodę i akumulator innym caravaningowcom, w większości mającym podobne przyczepki, gorąco polecam.

Wymiana 2 butli stalowych 11 kg na lekkie BP Gas light nie powiodła się, z uwagi na to, że do mojej przyczepki wchodzą tylko butle bez kołnierza. W wyprawie 4 tygodniowej zużyłem na gotowanie, ogrzewanie i lodówkę jedną butlę i ok. 30% drugiej butli.

Zakończeniem przygotowań w zakresie technicznym był przegląd samochodu w warsztacie oraz przyczepki, dla której dodatkowo uzyskałem certyfikat bezpieczeństwa instalacji gazowej DVGW wg normy G607 który również został wykonany w S-Camp Bieruń. Jeszcze tylko aprowizacja do kuchni: puszki rybek, szynki i przeróżnych mięsnych, zupy, mleko i płatki owsiane i kukurydziane do mleka, kawa, herbata i pełne wyposażenie apteczki, wraz ze środkami na komary i inne uprzykrzające życie muszki.

I już mogłem jechać. W drogę wyruszyliśmy 2 lipca, by po miesiącu, 4 sierpnia wrócić szczęśliwie z powrotem zaliczając 6900 km. Z tego, odliczając drogę w kraju, po drogach Skandynawii przejechaliśmy 6200 km trasą:

SZWECJA: Nynashamn > Sztokholm > Uppsala > Lulea > FINLANDIA: Rovaniemi > Napapiiri > Inari > NORWEGIA: Nordkapp > Alta > Tromso > Narvik > Lofoty: Svolvar, Borg, Flakstad, Reine, Moskenes, A, Sorvagen. > Bodo > Saltstraumen > Svartisen-lodowiec > Mo i Rana > Mosjoen > Geiranger Fiord > Briksdal-lodowiec > Undredal > Flam > Fagernes > Oslo > SZWECJA: Karlstad > Orebro > Arboga > Stora Sundby > Strangnas > Nynashamn.

Przygotował: Alfred Brodzki
II część wkrótce…